Nie planowałam zostania wolnym strzelcem. Gdyby kilka lat temu ktoś zapytał mnie, gdzie się widzę w przyszłości, odparłabym, że w miłej firmie, na umowie o pracę, z porządnie opłaconym ZUS-em, dwudziestoma sześcioma dniami urlopu i świętym spokojem. Ale, jak to bywa, życie potoczyło się inaczej niż zakładałam. Wolnym strzelcem jestem od ponad dwóch lat, zamiast etatu mam działalność gospodarczą, ZUS płacę sobie sama, święty spokój jest jak Święty Mikołaj (już w niego nie wierzę), urlop zaś to rzadki gatunek zwierzęcia, który raczej nieczęsto mam okazję oglądać. Dlaczego więc to ciągnę? Bo frilans jest jak chodzenie po bagnach – niebezpiecznie wciąga. Im dalej w to brniesz, tym trudniej zawrócić.

Chyba każdy, kto pracuje na własny rachunek, usłyszał od rozmówcy, że ten serdecznie mu zazdrości. Wokół wolnego strzelectwa narosło sporo mitów i dla niektórych praca z domu (kawiarni/parku/szaletu, co tam chcecie) jawi się jako raj. I to podrasowany, bo bez żadnych węży.  Mity, jak to mity, mają jednak to do siebie, że nie odzwierciedlają całej prawdy, a zalety frilansu często są również jego wadami.

Poniżej subiektywny przegląd plusów dodatnich i ujemnych wolnego strzelectwa.

ZALETA: Sam sobie jesteś sterem, żeglarzem i okrętem…

Tak, to ty decydujesz, od kogo przyjmiesz zlecenie, z kim chcesz pracować, kto cię wnerwia i jak podejdziesz do swoich potencjalnych klientów. Jeśli ktoś ostro cię irytuje, nikt nie każe ci dalej się z nim zadawać. Nikt również nie stoi ci nad głową, nie domaga się sprawozdań, tabelek w excelu. Nie wylądujesz na dywaniku i nie tłumaczysz się, dlaczego zacząłeś maila do słowa „witam”.

WADA: Wszystkie mielizny są twoje

Musisz być sternikiem, żeglarzem i krypą na dodatek, bo jak coś schrzanisz, nie będziesz miał na kogo zwalić winy. Niestety. Jeśli zrobisz coś nieprzemyślanego, poniesiesz tego konsekwencje. Decydowanie, od kogo przyjmie się zlecenie często zamienia się w zabieganie o pracę, bo tylko (zazwyczaj) od ciebie zależy, czy będziesz miał w tym miesiącu co jeść. Nikt tobą nie pokieruje, sorry. A jeśli powiesz bucowi, który cię wkurzył, serdeczne s…j, cóż, zastanów się, czy masz kogoś  w odwodzie.

ZALETA: Pracujesz w domu

Nie ma jak własne pielesze, nie? Nie musisz nigdzie wychodzić, oszczędzasz na dojazdach zarówno czas, jak i pieniądze. Jeśli chcesz, wstajesz o dwunastej. Albo nie wstajesz, tylko dalej leżysz w łóżku z laptopem na kolanach i popijasz kawkę, leniwie przeglądając maile. Nie musisz się ubierać, możesz cały dzień snuć się w szlafroku i nikomu nic do tego. Chcesz przerwę, robisz sobie przerwę. Masz ochotę się zdrzemnąć, drzemiesz.

WADA: Nigdy nie wychodzisz z pracy

Bo pracujesz w domu. Proste. W pewnym momencie zaczynasz marzyć o tym, żeby nie oglądać w kółko tych samych czterech ścian i od czasu do czasu założyć na siebie coś, w czym wyglądasz jak człowiek (tak przy okazji, nigdy nie pracowałam w szlafroku; szlafrok daje mi -100 do energii i kreatywności). Nawet jeśli jesteś skrajnym introwertykiem, możesz zapragnąć nagle obecności kogoś, do kogo mógłbyś otworzyć paszczę. Weekendy nie do końca są weekendami, bo często trzeba coś robić na cito. Przy tym samym biurku (laptopie) pracujesz, oglądasz kotki na YT, gadasz ze znajomym na Fejsie i ciśniesz w jakąś sieciówkę. To nie jest zdrowe, zwłaszcza gdy sytuacja zawodowa jest z jakiegoś powodu napięta (termin, humorzasty klient i tak dalej). Inni w takim wypadku idą do domu. Ty najchętniej byś z niego wyszedł. Aha, jeśli mówisz do czajnika, czas zastanowić się nad terapią. Jeśli czajnik odpowiada, nie czekaj.

ZALETA: Nie masz szefa

Bo jesteś sterem i tak dalej. Rzeczywiście, nikt nie każe ci się stawić na zebranie o jakiejś absurdalnej godzinie, ale…

WADA: Masz tuzin szefów

Każdy twój klient jest twoim szefem. Niestety. I każdy ma rację. Może nie musisz stawiać im czoła w realu, ale niejednokrotnie walniesz głową w biurko, kiedy ładny projekt zamieni się w przeciętny projekt, a potem w koszmarny projekt. Część z nich wróci do punktu startowego, części nigdy nie dodasz do folio albo CV. Przyzwyczaj się do tego, że gdzieś tam, w wirtualnej przestrzeni, czają się zastępy Kaziów, Ziut i Mariolek, które to zastępy będą doprowadzać cię do stanu wścicy, z której wyspowiadasz się później pod pseudonimem na jakimś forum. Pamiętaj, ten, kto ci płaci, ma zawsze rację.

ZALETA: Piątek, piąteczek, piątunio może być choćby i dzisiaj

Możesz mieć go w poniedziałek, wtorek, środę, w końcu to ty decydujesz, kiedy robisz sobie wolne. Wypad na roli o czternastej w czwartek? Czemu nie? Cztery odcinki serialu pod rząd przed pracą albo zamiast niej? Spoko. Rodzina chce, żebyś podwiózł ciocię do szpitala? Nie ma sprawy.

WADA: Wkurzają cię te memy o piątku. O weekendzie zresztą też

Bo właśnie wpadło zlecenie, którego żal nie wziąć, bo przecież kasa się przyda, więc ten piątek tylko cię wnerwia, bo w sobotę i niedzielę będziesz zachrzaniał jak mały samochodzik. Jasne, mógłbyś sobie odpuścić, ale… Kasa, misiu, kasa. Kasa oraz to, że wielu ludzi nie rozumie, że wolny strzelec też człowiek i chciałby mieć weekend, więc dostajesz poprawki w piątek po siedemnastej.

ZALETA: Możesz zarobić więcej niż w stałej robocie

I to zależy tylko od ciebie, jak jesteś dobry i obrotny. Tak, na frilansie można wyciągnąć całkiem sporo, tyle, żeby pójście na etat nie wydawało się kuszącą perspektywą. Jeśli masz grupę klientów, jakąś renomę i jesteś w miarę zdyscyplinowany, całkiem niezłe zarobki są całkiem prawdopodobne. Nie, nie weekend na Karaibach, chałupa w Magdalence i markowy szampan, ale używany samochód, legalne oprogramowanie i piwo z małego browaru są do ogarnięcia.*

WADA: Płynność finansowa

Niestety, jako frilanser bez zaplecza firmy, jesteś na końcu łańcuchu pokarmowego, a termin płatności na twoim rachunku jest w większości wypadków umowny. Ergo: mając działalność i wystawiając rachunki, najpewniej najpierw zapłacisz ZUS i podatek, a dopiero potem zobaczysz kasę. I może zdarzyć się tak, że będziesz musiał się o nią wielokrotnie upominać. No i nie zapominajmy – nie ma leżenia na kanapie i chorowania. I nie ma płatnych urlopów. Na urlop musisz sobie uciułać. Nie demonizujmy – są klienci, którzy płacą terminowo, a nawet przelewają grzecznie zaliczki, ale są i tacy, których księgowe są regularnie porywane przez przybyszy z kosmosu.

ZALETA: Wrzucam sobie w koszty (w przypadku DG)

Wielkim plusem posiadania własnej działalności gospodarczej jest możliwość wrzucania sobie w koszty wydatków związanych z rzeczami potrzebnymi do pracy. Oczywiście, odliczanie VAT-u wchodzi w grę tylko, kiedy jesteś VAT-owcem, ale i tak koszty, które ponosisz (kupno komputera, benzyny, nowego pakietu na design cuts) obniżają podatek, który przyjdzie ci zapłacić. Niestety, działanie na własny rachunek wiąże się z koniecznością posiadania legalnego oprogramowania. Tak, wiem, nikt z nas nie jest piratem, a Mariola o kocim spojrzeniu piła bezalkoholowy browar, uroczo puszczając oczko do widza. Może się okazać, że za programy będziesz płacił abonament, jak w przypadku Adobe, które wyspryciło się na tyle, że szopa i przyległości w pudełeczku nie da. Jeśli masz DG i nie masz pojęcia o księgowości, to jeszcze za papierki coś raz w miesiącu dorzucisz.

Zawsze łatwiej przychodzi mi pisanie o wadach niż zaletach czegoś (jestem straszną marudą, ale, jak lubię powtarzać, mam papier na krytykowanie), prawda jednak jest taka, że wolne strzelectwo to nie jest łatwy kawałek chleba. Z jednej strony oferuje możliwość pracy wtedy, kiedy się chce, z drugiej nierzadko tę możliwość odbiera. Elastyczny czas pracy brzmi ładnie, ale nikt nie lubi, kiedy ta elastyczność zamienia się w nastogodzinny zachrzan nad projektem, który zmutował gorzej niż biedny bohater w Akirze**. Perspektywa sensownych zarobków ściera się z rzeczywistością, w której trzeba walczyć i klientów i cierpliwie znosić posiadanie wirtualnych pieniędzy, które niby są, a jednak na koncie ich nie ma.

Czasem kocham bycie wolnym strzelcem, a czasem z uczuciem tęsknoty w sercu przeglądam oferty pracy, bo myślę sobie, że dłużej tego nie zniosę. Cóż, na razie znoszę 🙂 Mam tylko ogromny problem z zachowaniem równowagi między pracą, a życiem prywatnym. Ponoć praktyka czyni mistrza, tuszę więc, że jest dla mnie jakaś nadzieja.

 

* Czasem mam wrażenie, że wszyscy zarabiają na sprzęt Apple. Otóż chciałam poinformować, że nie posiadam sprzętu Apple, a gdybym go posiadała, raczej nie byłby to laptop bądź tablet, tylko używany sprzęt do obrabiania gigantycznych plików, bo mój pecet, jak to pecet, muli. W związku z powyższym, nie mogę niestety zamieścić żadnych zdjęć, na których, oblewana łagodnym światłem poranka, pochylam się nad czystym biurkiem i zerkam na monitor ze srebrnym jabłkiem. Nie tylko nie mam jabłka, ale alergicznie reaguję na poranne światło, a na biurku mam mnóstwo łyżeczek i wykładzinę z kocich kłaków.

**Wyguglać proszę, kto i jak mutował.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz