Ten wpis dedykuję wszystkim, którzy chcieliby na własny rachunek zajmować się kreatywką – zarówno grafiką komputerową, jak i tworzeniem tekstów. Nie tym, którzy już to z powodzeniem (mniejszym lub większym) robią, ale tym, którzy, pełni wiary w świetlaną przyszłość i swoje artystyczne możliwości, snują marzenia o wielkich, pięknych, rozpoznawalnych projektach, a nawet o czerwonych dywanach.

Otóż, proszę państwa, tak troszeczkę chała.

Zanim zaczęłam sama płacić sobie ZUS, przez kilka długich lat pracowałam na etacie. Przyzwyczajona do tego, że moje, najmojsze nie zawsze miało rację bytu, nie miałam wielkich złudzeń, co do perspektyw, które się przede mną otwierają.  Jeśli jesteś niespełnionym artystą szukającym we frilansie sposobu na wyzwolenie swojego ja z kajdan okrutnej rzeczywistości, to serdecznie polecam nabycie na alledrogo gumowego młotka i okładanie się nim prewencyjnie po łbie przynajmniej dwa razy w tygodniu.  Ból głowy powinien skutecznie odwrócić uwagę od bólu duszy.

Na czym polega tak naprawdę praca kreatywna? Na zaspokajaniu potrzeb klienta, choćby klient sam nie wiedział, jakie te potrzeby są. Bardzo często zresztą okazuje się, że nie wie i to twoim zadaniem jest odkryć, o czym śni i marzy. Do dziś z pewnym rozczuleniem wspominam gościa, który zażyczył sobie ode mnie „czegoś”, żeby potem podziękować mi wylewnie za to, że uświadomiłam mu, czego nie chce. I kij z tym, że to, czego nie chciał miało więcej sensu od tego, czego łaknął, czasem po prostu nie warto kopać się z koniem. On zmądrzał i ja zmądrzałam.

Każdy pracujący kreatywnie stanie pewnego dnia oko w oko z klientem, który wie lepiej. Nieważne, czy piszesz teksty, projektujesz reklamy, czy robisz concept arty do gry o krwiożerczych parówkach – nadejdzie dzień, w którym odbijesz się od ściany. Ilu byś nie użył argumentów, jakimi dyplomami byś się nie zasłonił, osoba po drugiej stronie nie przyjmie do wiadomości twoich racji. Ba! Zacznie forsować swoje pomysły. Jeśli jesteś wrażliwą, artystyczną duszą (tak, piszę to z przekąsem, bo nie raz i nie dwa byłam świadkiem długich jak dobrze wypasiony tasiemiec internetowych dyskusji o byciu twórcą i sprzedawaniu się), możesz tego nie znieść. I piszę zupełnie serio – nie każdy jest w stanie przetrawić to, że ktoś mu grzebie w wypieszczonym projekcie. Problem w tym, że jeśli nie jest w stanie tego znieść, nie powinien raczej zawodowo się tym zajmować*.

Ujmijmy to tak: kiedy sprzedajesz swój projekt, nie jest on tylko twoim projektem. Jest również projektem klienta. Klienta, który może mieć specyficzne upodobania, który może mieć słabość do zielonego, być daltonistą albo po prostu skończonym kretynem. Nic na to nie poradzisz. Kiedy podejmujesz się zlecenia, najlepiej odłóż swoją artystyczną i osobistą wrażliwość na bok. Nie mówię, że trzeba to robić zawsze, trzeba mieć jednak świadomość, że taka konieczność może zaistnieć.

Nie tak dawno wpadła mi w oko przydługa rozkmina na jednym z for, gdzie grupka grafików zastanawiała się, dlaczego logotypy kilku firm są do siebie takie podobne. Znalazły się oczywiście osoby, które winę za to zwaliły na to, że „grafikiem może być każdy”, „ludziom się wydaje, że są grafikami”, a szkoły nie uczą porządnie projektowania. Przyznam, nie wiem, czego szkoły uczą, a czego nie, bo jestem filologiem, a nie absolwentem ASP, wiem za to bardzo dobrze, jak wygląda projektowanie czegoś od kuchni i jak uparci potrafią być klienci. I kumam, że czegokolwiek nie nauczyłbyś się w najlepszej szkole pod słońcem, to twój klient w niej nie był i nie ma pojęcia o tych wszystkich mądrościach, którymi nasiąkłeś jak gąbka. Przyparty do muru, masz dwa wyjścia: albo uniesiesz się honorem, uznasz, że jeden projekt cię nie zbawi, albo zaciśniesz zęby, dokonasz zmian pod dyktando klienta i zarobisz. To, że nie wrzucisz sobie tego projektu do folio, to zupełnie inna bajka. Niestety, życie na własny rachunek uczy konformizmu, konformizmu, którego nikt z nas nie lubi. W końcu frilans to wolność, to bunt przeciwko korporacjom, krawatom i pracy od dziewiątej do siedemnastej, prawda? Trochę wstyd się przyznać, że ten żarówiasty, koszmarny banner reklamowy to nasza sprawka.  Pytanie tylko, czy nie większym wstydem jest niezapłacenie rachunków.

tekst-image

To nie tak, że głośno postuluję: rób szajs i sprzedawaj szajs. Po kilku latach pracy z grafiką i tekstami stwierdziłam po prostu, że czasem szkoda czasu na forsowanie swojej artystycznej wizji. Godziny przepieprzone na sporach i pomstowaniu na pomysły klientów lepiej spędzić na czymś a) przyjemniejszym, b) bardziej kreatywnym. Choćby na poszerzaniu folio o prace wykonane na użytek prywatny.

Tak naprawdę nie pamiętam swojego pierwszego gównianego projektu, jestem jednak świadoma tego, że popełniłam kilka koszmarków, do których raczej ciężko mi się przyznać. I nie chodzi tu o kiepsko wyszparowane kudły jakiejś laski (Jezu, do dziś mam czkawkę, jak na nie patrzę) albo konkretnie zwalony światłocień na fotomontażu (auć!), ale na przykład o cudnej urody banner reklamowy dla firmy, z którą nie chciało mi się dyskutować, bo robótka była mała, a kasy z niej niewiele. Być może ktoś kiedyś spojrzy na to cudo, parsknie pogardliwym śmiechem i zakrzyknie: o rany, ale gówno. No gówno. Na życzenie i z dostawą do domu. A ile czasu oszczędziłam, robiąc je pod dyktando…

Postawmy sprawę jasno (sczytuję ten tekst i widzę, że znów wylazła ze mnie maruda) – klienci są różni. Jeden da ci wolność kreacji, drugi potraktuje cię jak przedłużenie myszy. Jeden chętnie wysłucha twojej opinii, drugi będzie święcie wierzył, że na wszystkim zna się najlepiej. Jeden da ci jasne wytyczne, drugi każe zgadywać. Po jakimś czasie sam będziesz wiedział, który klient jest który, z którym warto dyskutować, dla którego nie ma co tracić czasu.

Dla mnie taki pierwszy gówniany projekt to coś w rodzaju inicjacji – mityczny moment, w którym rozstajesz się ze złudzeniami i wkraczasz w świat dorosłych, który jest nieco bardziej skomplikowany niż ten istniejący w bajkach i dziecięcych wyobrażeniach. To moment, w którym uświadamiasz sobie, że zbuntowany frilanser, który nie chce do korpo, jednak się z tym korpo musi borykać. To wiekopomna chwila, w której z oczu opada ci zasłona i po raz pierwszy widzisz wyraźnie… Co takiego? Innych ludzi, od których, mimo swojej pozornej niezależności, jednak jesteś zależny i których wcale nie musisz lubić, żeby z nimi pracować. Niestety – wolne strzelectwo to nie tylko cud, miód i orzeszki, to również frustracja, kiedy wizja zderza się z rzeczywistością.**

 

PS. Niedawno rozmawiałam ze znajomym, który od n. lat zajmuje się grafiką i DTP. Skwitował zagadnienie krótko: wszyscy jesteśmy trochę dziwkami 🙂 To tak, jak u Kazika. Wystarczy zamienić „artystów” na „frilanserów”.

* Ja na przykład nie powinnam myć podłóg, bo wiecznie mi ktoś te moje pachnące cytryną projekty zadeptuje.

** Polecam odczytanie tego akapitu na głos, należycie filmowym, nieco nadętym głosem.

Zapisz

Zapisz