Choć utrzymuję, że, chodzę wkurzona, odkąd chodzić się nauczyłam, to spotykają mnie w pracy takie sytuacje, w których ciśnienie rośnie mi tak, że ograniczam się tego dnia tylko do jednej kawy. Zapewniam, przy moim ciśnieniu (kieliszek wina i potrafię zasnąć na stojąco), jest to pewne osiągnięcie. Część zna pewnie każdy, który robił w kreatywce, części być może nie doświadczyliście. Apeluję – jeśli nie macie skurczowego jak świeży trup, to postarajcie się raczej nie doświadczać.

Okej, więc co nas wkurza.

1. Będzie do portfolio

Nazwa bloga zobowiązuje. Fraza „będzie do portfolio” została już wyśmiana jak świat długi i szeroki, zdaje się jednak, że do niektórych zleceniodawców wciąż nie dotarła. Robię to, co robię, od paru lat, z czego wynika, że jakieś tam folio posiadam (leży odłogiem, mea culpa, coś nie mogę się zabrać za aktualizację), nieważne, jakich lotów. Jest sobie. Wisi. Koniec kropka. W związku z tym propozycja, którą dostałam za pośrednictwem osoby znajomej, której zresztą głupio było pytać, co bym złożyła kilka okładek pro folio bono, nie wywołała we mnie zbytniego entuzjazmu. Zwłaszcza, że innym grafikom, z tego, co wiem, płacono. To nie tak, że nigdy nie zrobiłam żadnego projektu za darmo – zdarzyło się, sporo czasu zresztą po foliowej okazji. Tyle tylko, że projekt był darmowy i za swoją pracę kasy nie dostał nikt, a że tematyka mi pasowała, to fajno, było miło.

2. Zyski będą w czwartek. Nie, nie przyszły. W pierwszy czwartek kwietnia 2020 roku.

Uwielbiam takie propozycje. Bo ja mam projekt, może on wypali, a może nie wypali, ale tak naprawdę to na stówę wypali, więc weź, poświęć sryliard godzin na tę dłubaninę, a ja się z tobą podzielę zyskiem. O ile będzie, ale na stówę będzie. Na stówę to ja muszę zapłacić ZUS, ratę kredytu i kupić żwirek dla kotów, bo nie chcę, żeby mi srały do umierającej gardenii. Wytrzymała prawie rok, choć podlewam ją rzadko, więc jakiś szacunek się jej należy. No więc: nie. I bardzo mi przykro, że moje rachunki nie mają serca.

3. Wygrana na loterii

Od czasu do czasu komuś przyjdzie do głowy zrobić konkurs. I nie, nie chodzi mi o „Piórko” Biedry, w którym można zgarnąć sto tysięcy, tylko o pospolite ruszenie grafików (mistrzów copy, wstaw odpowiednie) zaprzęgniętych do pracy za kwotę tak zawrotną, że mucha nie siada. Bo woli postać. Pół biedy, jeśli zleceniodawca od razu mówi, że napisał do czterdziestu i czterech bohaterów, co to mu będą rzeźbić, bo wtedy można po prostu prychnąć wzgardliwie i odjechać dwudziestoletnim Oplem w kierunku zachodzącego słońca (albo powiedzieć: a niech tam, czemu nie, mam wolne moce przerobowe). Ale zdarzają się tacy, którzy o konkursie nie mówią. Odpowiada człowiek na mejla, dowiaduje się, że okej, trzy projekty, super. A potem wysyła te projekty i dostaje odpowiedź: ale, ten tego, zapomniałem wspomnieć, że konkursik. Prywatnie uważam, że dla takich ludzi jest osobne miejsce w piekle. Czeka tam na nich głupi jak but akant bez briefu, za to z dedlajnem, i pogania ich widłami. Hitem był dla mnie konkurs o 150 zł.

4. Briefy są dla amatorów

Prawdziwy zawodowiec siedzi w głowie klienta i dłubakami do zębów wyciąga z miękkich zwojów kolejne pomysły. Wcale nie potrzebuje wiedzieć, jaki jest target, jak się pozycjonuje produkt i że pani Ziuta, metresa szefa nienawidzi różowego. Jasne, byłby szczęśliwszy, gdyby nie strawił kilkudziesięciu godzin na robienie czegoś, od czego wspomniana Ziuta dostaje rozwolnienia, ale… No właśnie. Uwielbiam nie mieć briefu. Bo „my nie mamy pomysłu”, „nie jesteśmy pewni, czego chcemy”, „pani coś wymyśli”. Jasne, są klienci, którzy nawet jak nie wiedzą, to są mili, otwarci na dyskusję i kumaci, ale są również tacy, którzy odpowiadają na mejla: nie podoba mi się, proszę próbować dalej. Z pozdrowieniami Dupa Blada.

5. My ci powiemy, co masz robić

To druga strona briefowego medalu. Powiemy ci, co masz robisz. W poniedziałek. I we wtorek. I w środę. I wszystkie te projekty będą od siebie totalnie różne, więc WEŹ COŚ WYMYŚL. Albo nie. Mamy nowy pomysł. I jeszcze jeden…

6. Dział akceptu wie lepiej

I za pomocą Painta pokaże ci, co zjebałeś. Nie wiem, ile osób na serio doświadczyło spotkania oko w oko z projektem narysowanym w Paincie, ale mnie zaszczyt ten kopnął i to na tyle mocno, że latałam po domu, krzycząc: o rany, rany, ale czad. Serdecznie żałuję, że nie zachowałam sobie tamtego pięknego projektu, a właściwie poprawek do projektu już gotowego. Szacun dla drugiej strony za wczucie się w moją pracę. I za upierdliwość.

Przedstawiciel klienta: Wymyślone przez was hasło jest za długie i trzeba je skrócić. Proponuję takie: bla, bla, bla.
Ja: Ale to nowe hasło jest dłuższe od poprzedniego.
Przedstawiciel klienta: Wstaw je.
Ja: Tak jest.
Dział akceptu: Hasło jest za długie i źle wygląda. Trzeba je skrócić. Poza tym nie podoba nam się projekt, więc wysyłamy wytyczne w Paincie.

Dział akceptów, który nie kontaktuje się z przedstawicielem klienta, który zamawia projekt, jest gorszy od grypy żołądkowej, bo, choć wydaje ci się, że wiesz, na czym stoisz, to może okazać się, że raczej leżysz. Grypa żołądkowa jest przynajmniej szczera i nie masz co do niej złudzeń.

7. Się odwidziało temu klientowi

Sytuacja, której nienawidzi chyba każdy i wzięcie zaliczki niczego nie zmienia. Siedzisz nad projektem, komunikacja jest niezła, klient przesyła kolejne sugestie, które da się nawet przeżyć (w końcu co za problem zamienić zielony na niebieski). Dłubiesz, dłubiesz, dłubiesz z poczuciem, że oto zbliża się okrążenie finałowe, a po nim już tylko hajs i piwo, to droższe, po 2,60 polskich nowych… I nagle klient przestaje się odzywać. Piszesz do niego raz. Piszesz drugi, aż wreszcie, dowiadujesz się, że tak, projekt był fajny, ale jednak rada zarządu (ciotka, babka, kochanka) zobaczyła i… No, ten, tego, tak jakby wzięli innego grafika. I inny projekt. Więc sorry, lajf is brutal. W takich chwilach okazuje się, że zakaz posiadania broni palnej ma swoje głębokie uzasadnienie.

Co nas podnieca?

Większość frilanserów to straszni zboczeńcy i najbardziej podnieca ich otrzymywanie kasy w terminie. Przykro mi, takie są fakty. Nawet Sasha Grey nie ma szans.

Zgryźliwe uściski,
Kat

Posłowie
Szarpnę się kiedyś na wpis o wielkich podnietach frilanserów, tym razem bardziej na poważnie, ale potrzebuję na to chwilkę. Korzystając okazji, chciałabym również pozdrowić klientów, którzy ze mną wytrzymują. To nie było o Was. Serio.