Dawno nie było nic. Skrewiłyśmy po maksie. Chociaż może i nie, bo mamy masę pracy i ledwo dajemy radę. Łatwo nie jest. Nic to, cieszę się, że wytrwaliście ten okres suszy. A teraz do rzeczy. Pierwotnie miało być o akantach, ale utknęłyśmy w połowie. Za to w sercu mi się inny temat pojawił…

Przez wiele lat pracowałam jako grafik, trzepałam strony www, apki, ulotki, bannery, logotypy i inne pierdoły. Trochę to nudne było już, szczególnie, że wszystko się obecnie robi pod jeden trend. Dwa lata temu kupiłam sobie na gwiazdkę tablet Wacom Intuos S Pen & Touch. Photoshopa znałam, ale nie korzystałam nigdy z większości przyborów, których używają ilustratorzy, nie znałam pędzli, miksowania kolorów, cieniowania, tekstur… Chciałam się tego nauczyć i dobrze bawić. Tylko tyle. Nigdy nie sądziłam, że zmienię swój zawód i zostanę ilustratorką.

Minęły 2 lata od kiedy pierwszy raz miałam w łapie rysik, a w tym czasie wygrałam tablet Wacom Cintiq 13HD, narysowałam i złożyłam dwie książeczki z serii Czuczu: „Zakręcona matematyka” i „Zakręcona ortografia”, przetrwałam cały Inktober 2015, narysowałam ilustracje do konkursu Biedronki (nie wygrałam, 100 tys. szlag trafił! :P) oraz mnóstwo ilustracji dla siebie i znajomych. Ostatnio zaczęłam pracę przy podręcznikach szkolnych, ilustruję dla znanego bloga parentingowego, kończę rysować ilustracje do świetnej książeczki dla dzieci, a na dodatek zgłosił się do mnie sam Egmont i poprosił o współpracę przy nowej książeczce. Brzmi fantastycznie prawda? Jest tylko jedno ALE…

Kiedy wymieniam te wszystkie rzeczy tak jedno za drugim, jednym tchem, jestem nawet pod wrażeniem. Gdyby to nie było o mnie, byłabym pod większym. Pomimo mojej radości i gratulacji od otoczenia, czuję, że urwałam się z choinki, nie pasuję, nie znam się i jestem tu przez przypadek. Jest ode mnie tylu lepszych rysowników. Kończyli szkoły, znają teorie kolorów, anatomię, perspektywę. Rysują z prędkością światła, a ich prace są tak fantastyczne, że nachodzi człowieka myśl, iż prędzej spadnie mu księżyc na głowę niż kiedykolwiek nawet będzie mu dane polizać taki poziom przez szybkę. Część z was może pamięta z moich TOP 10 ilustratorów, utalentowaną Emilię Dziubak. Otóż Emilia wykonała rysunki do jednej z książeczek z serii, do której i ja będę teraz rysować. Dla mnie to wręcz nierealna sytuacja. Moje i jej ilustracje, obok, na jednej półce? Ale, że co??? To tak jakby kogoś kto raz zagrał w szkolnym teatrzyku zaangażowano do filmu, w którym gra Robert De Niro.

Odkryłam zatem, że rysowanie, choć jest moją wielką pasją i miłością, jest również przekleństwem. Kiedy w grę wchodzą oczekiwania klienta zderzające się z moim brakiem warsztatu w danym temacie, zaczynam myśleć, że zaraz wyjdzie na jaw, że jestem… oszustką. Nie ma dnia, w którym bym nie myślała o tym, że nie zasługuję na to co mnie spotyka, bym nie wątpiła w siebie i moje umiejętności. Bądź co bądź, sama do końca nie planowałam by się znaleźć w takim miejscu. Co ciekawe… ostatecznie zawsze mi wszystko jakoś tak wychodzi. Jeśli czegoś nie umiem, rzucam się do referencji, zdjęć, tutoriali, robię milion prób aż w końcu się udaje. Tyle, że nikt nie jest świadkiem tego bolesnego porodu, a ja i owszem, więc czuję się jakbym kogoś oszukała. Bo ONI nie wiedzą, że ja nie narysowałam tego w 5 minut. Tak… To wygląda jakby mogło to narysować dziecko, niby prosta postać, albo tylko jakiś tam słodki zwierzak, tymczasem ja przy tym dłubałam cały dzień i zrobiłam milion wersji! Już nie wspomnę o tym, że jestem świrem i musi być dla mnie idealnie albo nigdy tego nikomu nie pokażę na oczy. Można z tego łatwo wywnioskować, że potrafię spędzić zbyt wiele czasu nad jednym projektem i największym wyzwaniem dla mnie jest po prostu sobie odpuścić.

To bardzo przykre czuć się w ten sposób, ale okazuje się, że tak samo czują się nawet największe talenty. Trafiłam dosłownie kilka dni temu na jeden z vlogów Bobbiego Chiu, rysownika ze stajni Disneya. Bardzo lubię oglądać jego „speed painty” i słuchać wywiadów z innymi artystami. Bobby często mówi o różnych aspektach związanych z życiem rysownika, freelancera, artysty. Oglądałam go zatem z rosnącym zainteresowaniem, gdy zwierzał się z drążącego go strachu, że ktoś w końcu odkryje, że on – Bobby Chiu, super talent – jest OSZUSTEM. Opowiadał dokładnie o tym samym co i ja czuję. Nazwał to „Impostor syndrom”. Na nasze nazywa się to – a to szok! – „SYNDROM OSZUSTA” i nawet można przeczytać o tym w Wikipedii. O proszę:

Syndrom oszusta jest psychologicznym zjawiskiem powodującym brak wiary we własne osiągnięcia. Pomimo zewnętrznych dowodów własnej kompetencji, osoby cierpiące z powodu tego syndromu pozostają przekonane, że są oszustami i nie zasługują na sukces, który osiągnęły. Przyczyn sukcesu upatrują w szczęściu, sprzyjających okolicznościach bądź w rezultacie bycia postrzeganym jako osoba bardziej inteligentna i kompetentna niż w rzeczywistości. Co warte odnotowania, syndrom oszusta jest szczególnie powszechny wśród wysoko postawionych kobiet.

Wikipedia

Wychodzi na to, że jestem wysoko postawioną kobietą! Z moim metr sześćdziesiąt dwa to chyba co najwyżej na drabinie. 😉

Bobby Chiu otworzył mi oczy. Zrozumiałam, że nie tylko ja mam ten kompleks i fobię. Teraz przynajmniej wiem, że nawet wielcy czasami budzą się zlani potem ze strachu, że ktoś w końcu nakryje ich na niekompetencji. To w jakiś sposób mi pomogło, odetchnęłam z ulgą. Zaczęłam myśleć o tym nieco inaczej i postanowiłam stawić czoło moim demonom.

Pracując i spędzając prawie cały mój czas w ciszy i samotności odzwyczaiłam się od wesołego stadnego życia, które kiedyś wiodłam. Mam bardzo mało przyjaciół, znajomi się porozjeżdżali albo mają swoje sprawy, no a ja wpadłam w szał rysowania. Wyjście na miasto, imprezę, w tłum ludzki, to dla mnie prawie jak lot w kosmos i nierzadko nawet trauma. Tym razem jednak zrobiłam wyjątek i nie żałuję. W ten weekend umówiłam się pierwszy raz na spotkanie z zaprzyjaźnionym internetowo rysownikiem, Norbertem Rybarczykiem i jego przyjaciółmi. Poznałam wspaniałych ilustratorów, komiksiarzy, artystów, którzy pracują przy naprawdę wielkich projektach. Wydają komiksy, tworzą concept arty do najbardziej popularnych gier, rysują obłędne ilustracje! Jednym słowem wieczór z serii „Noob wśród Paladynów” 😉 I wiecie co? Nic się nie stało! Wręcz przeciwnie. Biorąc pod uwagę, że moja zajawka rysowaniem jest dość świeża, nie znam zbyt wielu ludzi, którzy to podzielają. Przykre jest to, że nie zawsze mogę o tym z kimś porozmawiać. A tu proszę, całe stado pozytywnych świrów. Było wesoło, ciekawie i inspirująco. Demon pokonany, EXP zdobyty! Lvl UP!

Dochodzę również do wniosku, że może to i lepiej, że się nie doceniam, że tak naprawdę nie zachłysnęłam się tym wszystkim, nie mam się za nie wiadomo co. Odpowiednia dawka samokrytyki i skromności, dążenie do bycia lepszym i chęć zasłużenia na swój sukces nie jest w zasadzie niczym złym. Dzięki temu nie stoję w miejscu, próbuję nowych rzeczy i podejmuję nowe wyzwania.

Jeśli zatem jest tam jakaś artystyczna dusza, której także ciężko jest docenić własne osiągnięcia, niech wie, że nie jest sama! Ja także się z tym zmagam, a po drugiej stronie globu, biedny Bobby Chiu budzi się zlany potem w środku nocy i boi się, że go z roboty wyleją. 😀